Polski Wrocław jako metropolia europeijska - Pamięć i polityka historyczna z punktu widzenia oral history  
 
  << Strona główna


Pomiędzy starą a nową ojczyzną: Lwowianie we Wrocławiu

Jana Eggers-Dymarski, Joanna Gizewska, Karin Lenk, Gabriele Pfeifer

Mit krąży nad miastem: Ślady Lwowa w dzisiejszym Wrocławiu.

Kto uważnie chodzi po wrocławskim Starym Mieście, natyka się wszędzie na ślady, przypominające Lwów i Galicję: restauracja na rynku szczyci się nazwą Karczma Lwowska, a zaraz obok znajduje się Muzeum Medalierstwa, w którym można podziwiać miniaturową panoramę starego Lwowa. W księgarni naprzeciw oferuje się duży wybór literatury na temat Kresów oraz byłych polskich terenów wschodnich. Na rynku stoi pomnik poety Aleksandra Fredry, który wcześniej stał we Lwowie, a po wojnie został przetransportowany do Wrocławia. Stamtąd pochodzi również Panorama Racławicka oraz zbiory Ossolineum – kiedyś największej polskiej biblioteki, dzisiaj jednego z najważniejszych dóbr kulturalnych Wrocławia. W Muzeum Architektury pokazywana jest wystawa prac pochodzącego ze Lwowa architekta, a z kolei na rynku obok restauracji McDonald’s i domu towarowego Feniks tańczy i śpiewa grupa w ludowych strojach z samego Lwowa lub jego okolic.

Co wspólnego mają ze sobą te dwa miasta – jedno, niegdyś habsburgskie miasto w Galicji, z drugim - dolnośląską metropolią? Dlaczego akurat we Wrocławiu – tak daleko od ukraińskiej Galicji – znajduje się ulica Lwowska i ulica Orląt Lwowskich? I co ma w sobie ten mit Lwowa, który można tak często spotkać w literaturze? Dlaczego tak często słyszy się od starszych ludzi o żyjącym dalej we Wrocławiu „duchu miasta Lwowa“? Odpowiedzi na te pytania są z jednej strony ściśle związane z miejscem Lwowa w polskiej pamięci zbiorowej, z drugiej zaś strony z powojenną historią obu metropolii. Korzenie mitologizacji Lwowa sięgają XVIII wieku, kiedy to w polskiej literaturze oraz historiografii zaczęto tworzyć nostalgiczny mit Kresów. Według niego Ukraina, a przede wszystkim Lwów, była kolebką polskości. W tym związku szczególnego znaczenia nabiera demograficzna dominacja Polaków w tym mieście: od 1772 do 1939 r. stanowili oni połowę jego mieszkańców, Żydzi około jednej trzeciej, a Rusini lub też Ukraińcy w przeddzień I wojny światowej około jednej szóstej (m.in. Holzer, 1995, s. 76). Miasto odznaczało się w tamtych czasach wielonarodowością, która została zniszczona przez eskalację konfliktów na tle narodowościowym, a także II wojnę światową i jej konsekwencje. Również we Wrocławiu – jakkolwiek innego wymiaru – miało miejsce demograficzne przesunięcie. Wrocław przypadł Polsce, gdy wraz z końcem II wojny światowej jej granice zostały przesunięte na zachód - państwo polskie zostało jednocześnie zmuszone do oddania dużej części swych terenów wschodnich Związkowi Radzieckiemu. Przypadłe ZSRR tereny, w tym i Lwów, zostały objęte programem tzw. repatriacji. Podczas gdy Polaków z Litwy przesiedlono na Pomorze (przede wszystkim do Gdańska i Szczecina), polscy mieszkańcy Ukrainy Zachodniej zostali przeniesieni na Śląsk, między innymi do Gliwic i Wrocławia (Davies, 2002, s. 529). Dolnośląskie miasto stało się nową stolicą dla Polaków pochodzących ze wschodu, nawet jeżeli grupa ta nie stanowiła większości wśród nowych mieszkańców – jak się często błędnie przyjmuje (Thum, 2003, s. 157-158). Mimo tego to właśnie byłym lwowianom przypadła znacząca rola przy odbudowie Wrocławia. Między nimi znalazło się bowiem wielu absolwentów wyższych uczelni, którzy pomagali przy odbudowie uniwersytetu i miejskich urzędów. I tak u wielu ludzi powstało przeświadczenie, że wszyscy lwowianie przenieśli się do Wrocławia.

Poszukując śladów Lwowa chciałyśmy dowiedzieć się, kim są ludzie, którzy mieli taki wpływ na powojenny Wrocław. Jak poradzili sobie ze świadomością utracenia swojej ojczyzny? Jak odnaleźli się w tym zniszczonym przez wojnę niemieckim mieście? Jak wspominają swe magiczne miasto Lwów? W celu znalezienia odpowiedzi na te pytania badałyśmy metodycznie zarówno materialne ślady Wrocławia (miasto jako tekst), jak i wspomnienia o Lwowie poprzez wywiady z jego byłymi mieszkańcami (oral history).



Obrazy starej i nowej ojczyzny.

Duch Lwowa jest w dzisiejszym Wrocławiu pojęciem ulotnym. Nasza grupa powzięła sobie za zadanie wytropienie jego twórców – byłych lwowian, którzy żyją obecnie we Wrocławiu. Nie było łatwo znaleźć osoby, które podczas wypędzeń były dorosłymi ludźmi. Jednak udało nam się spotkać kilkoro przesiedlonych, którzy pamiętali Lwów ze swojego dzieciństwa lub okresu młodości. To właśnie od nich chciałyśmy dowiedzieć się, czym dla nich i ich rodziców było opuszczenie rodzinnego miasta, jak je przeżyli oraz jak wyglądało ich przystosowywanie się do nowego, całkiem obcego miejsca. Interesowało nas również, jakie znaczenie miało dla nich wspomnienie Lwowa w późniejszych latach i jakie ma dzisiaj. Czy postrzegali Wrocław – jak przekazuje mit – jako kontynuację rodzinnego miejsca zamieszkania, czy też był to dla nich drugi Lwów? Gdzie można dzisiaj w tym mieście spotkać „ducha miasta Lwowa“ i w czym on się wyraża?

Przeprowadziłyśmy wywiady z sześcioma osobami, z których pięć pochodzi ze Lwowa lub jego okolic. Choć każda z rozmów miała inny przebieg, to wszyscy nasi rozmówcy przyjęli nas bardzo otwarcie i chcieli z nami rozmawiać. Dało się przy tym zauważyć, że niektórzy chętniej mówili o swych nie związanych ze Lwowem przeżyciach niż o tęsknocie za utraconą ojczyzną. Zdaje się, że miały one dla nich większe znaczenie. Być może da się ten fenomen wytłumaczyć faktem, że po prostu nie czuli tak wielkiej nostalgii za Lwowem i że ułożenie sobie życia po 1945 r. stało jednak na pierwszym planie. Mimo to nasi rozmówcy starali się zachować dobrą pamięć o opuszczonym przez nich mieście. U wszystkich jednak spotkałyśmy się z bardzo silnym przywiązaniem do Wrocławia, wobec którego czuli się tak samo zobowiązani, jak wobec miasta swego dzieciństwa. Po części może to zależeć od tego, iż lwowianie, z którymi rozmawiałyśmy, byli jeszcze bardzo młodzi, kiedy przybyli do Wrocławia. Przeważnie potrafili bardzo szybko przystosować się do nowej rzeczywistości, zżyć się z nowym miastem – w przeciwieństwie do swoich rodziców, którzy tylko częściowo przywykli do nowego miejsca i całe dziesięciolecia marzyli o powrocie do ojczyzny. Jednak mimo tej zażyłości z Wrocławiem, ważne jest dla naszych rozmówców zachowanie utraconej ojczyzny zarówno w pamięci jak i w sercu. Wielu twierdziło, że Lwów żyje nadal w stolicy Dolnego Śląska. W pierwszych dziesięcioleciach po wojnie wszędzie na ulicy można było usłyszeć śpiewny wschodniopolski dialekt „bałak“. Dzisiejszy Wrocław, jak twierdzą nasi rozmówcy, miałby – tak samo jak ówczesny Lwów – charakteryzować się również pewną otwartością, którą nie wszędzie w Polsce można znaleźć. Gdy zadawałyśmy pytanie na temat wspólnych cech obu tych miast, bardzo często słyszałyśmy w odpowiedziach pojęcia takie jak tolerancja i serdeczność. Być może właśnie to one stanowią tego często przywoływanego „ducha Lwowa“.

Wielu byłych lwowian należy do organizacji, których celem jest zachowanie pamięci o utraconej ojczyźnie. Na ich spotkaniach bywają najczęściej przedstawiciele starszej generacji. Z tego powodu byli lwowianie starają się wzbudzić zainteresowanie Kresami w pokoleniu ich wnuków. Według naszych rozmówców, to w nich tkwi nadzieja, gdyż ich dzieci przeważnie nie zajmowały się pochodzeniem swoich rodziców. Fakt ten ma raczej niewiele wspólnego z milczeniem rządu komunistycznego na temat utraty polskich terenów wschodnich. Poprzez urządzanie olimpiad szkolnych na temat Lwowa i byłych obszarów wschodnich, podejmowane są obecnie próby zainteresowania dzieci tym tematem. Wśród naszych rozmówców panuje duża obawa, że po śmierci pierwszej generacji wypędzonych nikt nie będzie dbał o pamięć byłej ojczyzny.

Elżbieta Urbańska, emerytowana nauczycielka matematyki, która w wieku dwóch lat została razem z rodziną przesiedlona, należy do nielicznych z jej generacji, którzy na co dzień interesują się Lwowem. Jako przewodnicząca klubu Leopolis (łac. Lwów) organizuje spotkania, które odbywają się co czternaście dni. Zaprasza gości na wykłady oraz przygotowuje wieczorki muzyczne, podczas których śpiewane są stare pieśni oraz tańczone tańce ze starej ojczyzny. Dlaczego akurat ona angażuje się w zachowanie pamięci o ojczyźnie, której sama świadomie nie przeżyła? Pani Urbańska argumentuje to troską o starych ludzi, którzy dzięki takim klubom mają miejsce, w którym mogą wspominać swą młodość. Również ona jest zdania, że za kilka lat, po śmierci przesiedlonych, nikt już nie będzie dbał o korzenie swoich przodków.

Obok spotkań poświęconych ojczyźnie, ważnym tematem, którym zajmują się byli lwowianie – są stosunki polsko-ukraińskie. Tak jak niemieccy wypędzeni nalegali na uznanie za bezprawne zarówno samego wypędzenia jak i dekretów Benesza, tak i wypędzeni ze wschodu Polacy oczekują od strony ukraińskiej przeprosin za przestępstwa, jakich dopuściły się ukraińskie bandy na polskich mieszkańcach Galicji Wschodniej oraz Wołynia w latach 40-tych XX wieku. Podczas niemieckiej okupacji w trakcie II wojny światowej tysiące Polaków zostało wypędzonych przez Ukraińską Powstańczą Armię z Galicji i Wołynia jeszcze przed umownymi przymusowymi przesiedleniami (Ciesielski, 1999). Reakcją polskiej strony były akty zemsty przeprowadzone na ukraińskiej ludności (Motyka, 1997, s. 52; Krzemiński, 1998, s. 98-99). Polskim wypędzonym najbardziej przeszkadza fakt, że ówczesny przywódca ukraińskich nacjonalistów, Stefan Bandera, czczony jest na Ukrainie Zachodniej jak bohater narodowy; stawia mu się pomniki i nazywa ulice jego imieniem (Zlepko, 1995, s. 172; Michałowski, 2004, s. 11). Z naszych badań wynika, iż z tego powodu wspólne porozumienie wydaje się być sprawą odległej przyszłości, chociaż trzeba zauważyć, że na wyższym szczeblu państwowym podejmowane są starania o wzbudzenie całkiem innego wrażenia. Rany oraz nieufność starszego pokolenia Polaków wobec Ukraińców są jednak głębokie i zdają się nie być do przezwyciężenia. Oficjalna polityka porozumienia jest z wielu stron krytykowana, a nawet oceniana jako obłudna i odrzucana. Istnieją na przykład takie organizacje jak: Towarzystwo Upamiętniania Ukraińskich Zbrodni na Narodowości Polskiej czy Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, która podlega Instytutowi Pamięci Narodowej. Organizacje te badają m.in. zbrodnie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii przeprowadzone na Polakach, publikują, urządzają uroczystości oraz jak np. we Wrocławiu wznoszą pomniki upamiętniające polskie ofiary walk polsko-ukraińskich (fot. 6). Jest rzeczą wątpliwą, czy stosunki między oboma narodami poprawią się, biorąc przykład z wielkiej polityki.

Jak wykazały nasze badania, wielu łączy ponadto pamięć o Lwowie ze sporem o cmentarz Orląt Lwowskich, który jest dla nich symbolem polskiego Lwowa, a którego to obecne ukraińskie władze miasta nie chcą udostępnić do publicznego użytku. Nazwa cmentarza nawiązuje do młodych polskich bojowników o wolność, którzy polegli w tym właśnie miejscu w walkach polsko-ukraińskich o Lwów w 1918 r. Według lwowian na cmentarzu znajdują się groby ich krewnych, do których pragnęliby mieć dostęp. Z tego powodu jednym z głównych celów wielu towarzystw jest – poprzez wpływy wyższych instancji politycznych – skłonienie ukraińskiej strony do ustępstw (Umiański, 2004, s. 4).

Podczas gdy z jednej strony na płaszczyźnie politycznej mamy do czynienia z wywieraniem nacisku na stronę ukraińską, z drugiej strony w opowieściach naszych rozmówców dominuje wyidealizowany obraz starego Lwowa. Bardzo często padają pojęcia takie jak tolerancja, czy pokojowa koegzystencja. Natomiast zbrodnie UPA czy też „polsko-ukraiński bratobójczy mord“ zdają się być zepchnięte na margines i pozostawione samym sobie. Również antysemityzmu nie łączy się z tamtymi czasami – wręcz przeciwnie, przypisuje się go raczej żyjącym obecnie we Lwowie Ukraińcom. Tę jawną sprzeczność da się z jednej strony wytłumaczyć tym, iż wspomnienia z dzieciństwa są z zasady wyidealizowane, z drugiej zaś strony faktem, że człowiek zachowuje w pamięci przede wszystkim przeżycia pozytywne. Wydarzenia negatywne, właśnie takie jak konflikty lub krwawe zajścia między mieszkańcami różnych narodowości, postrzega się niczym przez pryzmat: zdarzenia zostają potwierdzone, chociaż nie poprzez relacje z własnego doświadczenia, tylko poprzez relacje innych naocznych świadków. To wyidealizowane postrzeganie Lwowa można tłumaczyć i tym, że miasto, w którym trzeba było przymusowo się osiedlić, było na początku miastem zniszczonym, odznaczającym się chaosem oraz przemocą (relacje Motłowskiego, 1995, s. 151 i Skrowaczewskiej, 1995, s. 131). W ten sposób opuszczona ojczyzna stała się kwintesencją tęsknoty za lepszymi czasami.

Według naszych rozmówców na utworzenie mitu – jakoby to właśnie lwowianie w największej mierze mieli wpływ na kształt Wrocławia – miało wpływ wiele czynników. Wielu z nich podkreślało funkcję elit lwowskich, które miały znaczny udział w odbudowie struktur uniwersyteckich oraz administracyjnych. Nikt jednak nie chciał mówić o jakimś specjalnym wpływie lwowian na nowo powstałe polskie miasto. Objaśniano to tym, że pod rządami komunistów lwowianie nie występowali publicznie jako zamknięta grupa, która mogłaby reprezentować swoje interesy na zewnątrz. W ogóle okres rządów komunistycznych, jeżeli chodzi o wspólnotę lwowian we Wrocławiu, zdawał się nie mieć wielkiego znaczenia w opowiadaniach naszych rozmówców. Jako że w tym czasie przyznanie się do bycia lwowianinem, a już w ogóle występowanie jako oficjalna grupa nie było możliwe, nie organizowano nic ponad prywatne spotkania. Oficjalnie spotykano się dopiero w latach 80-tych, kiedy upadek komunistycznego reżimu był już do przewidzenia. I tak, pozornie z niczego powstało przedstawicielstwo Polaków przesiedlonych z Kresów Wschodnich, którzy z 40-letnim opóźnieniem powołali do życia tradycję istniejącą w ich świadomości, lecz nie w świadomości ich dzieci i wnuków.



Cztery rodzaje miłości do ojczyzny. Byli lwowianie i ich obchodzenie się z przeszłością.

W trakcie naszych przeprowadzanych we Wrocławiu badań natknęłyśmy się na bardzo różnych byłych lwowian, którzy w dużej mierze albo pomagali albo nadal aktywnie uczestniczą w kilku już wymienionych organizacjach lub klubach. Do naszych rozmówców należeli: Jerzy Tandecki ze wschodniopolskiej fundacji Semper Fidelis, która współpracuje ściśle z Towarzystwem Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich (TMLiKPW – w dalszej części tekstu jako TML); Elżbieta Urbańska (ur. 1944) – emerytowana nauczycielka matematyki, przewodnicząca klubu Leopolis; Andrzej Bartyński (ur. 1934) – poeta, śpiewak; Leszek Sawicki (ur. 1924) – geolog, kartograf i współzałożyciel TML-u; Zdzisław J. Zieliński (ur. 1929) – weterynarz, fotograf, również współzałożyciel TML-u oraz Wanda Fuchsa (ur. 1928) – emerytowana nauczycielka historii.

Nasi rozmówcy byli zróżnicowani wiekowo co sprawiało, że ze Lwowem łączyły ich różne więzi emocjonalne. Należy przy tym wspomnieć, że w Polsce (podobnie jak dla niemieckich wypędzonych w NRD) oficjalne rozliczenie się z traumatycznych przeżyć poszkodowanych nie było możliwe. Tematów tych nie wolno było publicznie podejmować, ponieważ taka pamięć zbiorowa nie pasowała do „komunistycznej wizji historii“ – jak ją określa Edmund Dmitrów (Borodziej/Ziemer, 2000, s. 246).

Leszek Sawicki, emerytowany profesor geologii, operuje szczególnie dużą ilością symboliki. Nadal bardzo mocno identyfikuje się z miejscem swego pochodzenia. W mieszkaniu urządził sobie kącik lwowski, który, położony za regałem z książkami, sprawia wrażenie ukrytej relikwi. Za każdym razem, gdy chciał pokazać nam jakąś książkę lub pamiątkę ze Lwowa, zakradał się za regał z książkami i przynosił nam jeden ze swoich skarbów. Zapytany o stosunek do starej ojczyzny, odpowiedział: „Od pierwszego roku życia jestem lwowianinem, czuję się lwowianinem z krwi i kości, całkowicie“. Następnie pokazał nam małą szkatułkę, która zawierała ziemię ze znanego lwowskiego cmentarza Łyczakowskiego. Jego życzeniem jest, bycie pochowanym razem z tą ziemią. Jak zapewniał, jest to tradycja, którą dzieli z wieloma pozbawionymi ojczyzny lwowianami (fot. 7).

I chociaż w ciągu swych geologicznych wypraw zwiedził prawie cały świat – o czym świadczą liczne zdjęcia w jego mieszkaniu – jego pamięć o Lwowie jest nadal żywa. Jako członek Armii Krajowej, która walczyła o miasto podczas II wojny światowej, został w 1944 r., w wieku dwudziestu lat, zmuszony do ucieczki. Później rozpoczął studia we Wrocławiu. Pan Sawicki nie zastanawia się nad możliwymi przyczynami niechęci Ukraińców wobec Polaków, takimi jak np. chybiona polityka wobec mniejszości narodowych w czasach II Rzeczpospolitej. Nie jest on do dziś życzliwy Ukraińcom, co najlepiej obrazują takie poboczne uwagi, jak: „[...] duch lwowski, który tam panował teraz już nie istnieje, Ukraińcy go nie przejęli. Może dlatego, że są tam z Rosjanami wymieszani, im to nie wychodzi. [...] Jakiś tam most istnieje między Ukraińcami a Polakami, ale nie istnieje przede wszystkim z Radą Miasta Lwowa.“ O popełnionych przez Polaków pogromach na Żydach w listopadzie 1918 i w lipcu 1941 r. nie wspomina sam z siebie, chociaż stoją one w jawnej sprzeczności z jego opowieściami o tolerancyjnym i otwartym na świat Lwowie.

Po przesiedleniu lwowian można było publicznie rozpoznać m.in. dzięki nazwom ich przedsiębiorstw, wspomina. I nawet jeżeli w 1949 r. zostało to zabronione, rządowi komunistycznemu nie udało się całkowicie zlikwidować „lwowskiego życia“. Zawsze istniała tzw. „wewnętrzna elita“ wśród studentów, profesorów, znajomych (Osiecka-Browińska, 1995, s. 167 i n.). „Lwowianie trzymali się zawsze razem [...] pracownicy uniwersytetu i politechniki ... to wszystko byli lwowianie i między nimi był utrzymany zawsze bardzo dobry kontakt, ale ten kontakt nie był mile widziany przez władze. Oficjalnie nie wolno było mówić o rzeczach lwowskich lub utrzymywać kontakty“. Spotykano się „po cichu“ – jak się wyraził. Chociaż kręgi te nie miały wprawdzie żadnego wpływu na opinię publiczną, to okazały się być poprzednikiem założonego w 1988 r. TML-u, w którego zarządzie zasiadał również Leszek Sawicki. Obecnie współpracuje on z Fundacją Kresową „Semper Fidelis“.

W przeciwieństwie do Leszka Sawickiego, w życiu niewidomego poety Andrzeja Bartyńskiego, na którego zwróciłyśmy uwagę dzięki plakatom rozwieszonym w mieście, Lwów odgrywa stosunkowo niewielką rolę. Poeta określa siebie mianem obywatela świata, Lwów zdaje się być dla niego miastem tak godnym uwagi jak każde inne. Nie jest jednak do niego szczególnie przywiązany. Jego lwowski cykl wierszy Wróć bo czereśnie (1996) nie był wbrew oczekiwaniom zainspirowany tęsknotą za ojczyzną czy też nostalgią. Jak sam przyznał, była to raczej propozycja wydawnictwa Sudety, które interesowały wiersze o Lwowie i które to skłoniło Bartyńskiego do napisania „czegoś“ o swojej ojczyźnie. Dopiero po tej propozycji zaczął zagłębiać się w siebie: „[...] zaczynam więc pracować. Przypomniałem sobie wrażenia z dzieciństwa, to co widzę, co pamiętam. To jest miasto, które widziałem. Wrocławia nie mogłem zobaczyć – przyjechałem tutaj jako niewidomy człowiek.“ Prawdopodobnie przypadkowość, z którą na nowo odkrył swój Lwów, mogła być wynikiem czasowego wału ochronnego, który odgrodził go od traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Zarówno przeprowadzone w dzieciństwie aresztowanie przez gestapo, podczas którego stracił wzrok, jak i rozerwanie rodziny podczas niemieckiej okupacji musiały być dla niego wielkim wstrząsem. Ówczesne zagorzałe walki o miasto komentuje krótko: „To był rozlew krwi braterskiej. To byli ludzie, którzy przed wojną się kochali, żenili – przecież moja babka była rosyjską szlachcianką...“ Poza tym w jego rodzinie miały znajdować się trzy niemieckie nazwiska – co wskazywałoby na wielonarodowy charakter ówczesnego Lwowa. Poeta wymykał nam się za każdym razem, gdy powracałyśmy do tematu jego ojczystego miasta. Życie we Wrocławiu wydawało mu się o wiele bardziej warte udokumentowania. A zawiera ono w sobie poezję, muzykę, podróże, wiele nagród, a nawet zorganizowany przez niego międzynarodowy festiwal poezji niewidomych poetów Poeci bez granic, który po raz pierwszy odbył się jesienią 2003 r. „Chcemy dać ludziom i światu śmiałość myśli, skrzydła nadziei, przyjaźń i dzień zwycięstwa nad przeciwnością losu – my, Poeci bez Granic“– tak brzmiało motto festiwalu. Na tym przykładzie widać, iż wspomnienie starej ojczyzny niekoniecznie musi automatycznie przyjmować ważną rolę. Równie dobrze może ono zostać dopiero wytworzone, przywołane z zewnątrz.

Znowu inaczej wygląda sytuacja u Zdzisława J. Zielińskiego, który tak samo jak Leszek Sawicki należy do założycieli TML-u. To właśnie on opowiedział nam o tajnych spotkaniach w latach 60-tych i 70-tych, z których ostatecznie w 1987 r. narodziła się idea założenia organizacji. Jak powiedział, zaczęto w końcu chodzić z głowami podniesionymi do góry i przestano się ukrywać. To było ryzyko, ale w końcu zajęli się konkretnymi planami założenia towarzystwa: „[...] i zaczęliśmy pracować. W ciągu dziewięciu miesięcy powstał TML, trzeba było stworzyć statut, program, to wszystko trzeba było oddać do odpowiednich urzędów, żeby oni to przejrzeli i albo zatwierdzili albo nie... ale zaakceptowali.“ Pan Zieliński dokładnie przypomina sobie przesiedlenie do Wrocławia i relacjonuje nam o wagonach kolejowych posortowanych według zawodów – jego rodzina znalazła się w wagonie kierowców tramwajowych (od zawodu ojca). Dla szesnastolatka zarówno deportacja, jak i niektóre odkrycia w opuszczonych domach Wrocławia wydawały się być przygodą: „Chodziłem po tych opuszczonych niemieckich mieszkaniach, już oszabrowanych, [...] chodziłem po podłogach pokrytych czasopismami i książkami. Mam wiele niemieckich książek zdobytych w ten sposób.“

Również jego rodzice zdają się dobrze sobie radzić z utratą ojczyzny. On sam wyjaśnia to tym, że jego rodzina wywodzi się z prostych warunków życiowych i nie odczuwała tak silnego przywiązania do ojczyzny, jak na przykład inteligencja. W związku z tym nasuwa się pytanie, w jakim stopniu odczucia utraty ojczyzny lub tęsknoty za nią związane są z socjalnym statusem. Czy przymusowe osiedlenie w nieznanym miejscu kierowca tramwaju odczuwa mniej boleśnie niż człowiek wykształcony? Nie ma jasnej odpowiedzi – za bardzo zależy ona od takich czynników jak integracja czy też dobre lub złe doświadczenia w nowym bądź starym miejscu. Robotnik – przez krąg rodzinny, przyjaciół bądź miłość – może być tak samo przywiązany do miasta, jak poeta, którego miłość do ojczyzny objawia się w inny sposób.

W każdym razie wyuczony weterynarz wyraża swe przywiązanie do ojczystego miasta poprzez fotografię. Bardzo wcześnie odkrył u siebie miłość do tej sztuki, przez co powstały piękne zdjęcia zarówno Lwowa, jak i ówczesnego Wrocławia. Na krótko przed ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce, w czerwcu i lipcu 1981 r. zorganizował we Wrocławiu wystawę zatytułowaną Historyczny Lwów, w ramach której wystawił swoje prace. Wspominając tę odważną akcję, jest zdania, że miał wtedy dobrego politycznego nosa – „człowiek musi brać to, co mu właśnie oferują i to natychmiast“.

Wrocław bardzo wiele znaczy dla pana Zielińskiego. Zarazem podkreśla on jednak różne położenie obu miast: Lwów otoczony jest wzgórzami i górzystym krajobrazem, a Wrocław położony jest na nizinie, otoczony rzekami – co naszemu rozmówcy o sercu marynarza bardzo się podoba. „To Odra czyni Wrocław jednym z najpiękniejszych miast Polski, albo – moim skromnym zdaniem – w ogóle najpiękniejszym z miast. Nie ma takiego drugiego miasta w Polsce“. Zieliński nie stara się bezpośrednio porównywać Wrocławia ze Lwowem. Lwów posiada bowiem swą własną charakterystykę, którą nasz rozmówca przybliża wszystkim zainteresowanym w formie przewodnika turystycznego (fot. 8).

>Nasza następna rozmówczyni – pani Wanda Fuchsa, która w wieku szesnastu lat została przesiedlona ze Lwowa do Wrocławia – również wykazuje silne przywiązanie do obecnego miejsca zamieszkania. Jej podróż trwała sześć miesięcy. Dzięki pracy ojca w banku jej rodzina otrzymała na miejscu pomoc. Zakwaterowani zostali najpierw w pozostawionej do ich dyspozycji sali ówczesnego Banku Gospodarstwa Krajowego, a po dwóch miesiącach przydzielono im mieszkanie w dzielnicy Biskupin. Znajdowały się w nim używane meble – wszystko pozostałości po niemieckich mieszkańcach. Tęsknota za ojczyzną była prawie nie do wytrzymania, opowiada. Bardzo wiele rozmów w nowym „domu“ dotyczyło opuszczonej przez nich ojczyzny, do której zaliczał się także grób matki. I chociaż jej ojciec nie oczekiwał, by powrót stał się kiedykolwiek możliwy, przez długi okres o tym marzył. Sama pani Fuchsa twierdzi, że dopiero po studiach, już jako nauczycielka, naprawdę „zamknęła“ Wrocław w swoim sercu. Chciałyśmy dowiedzieć się, jak udało się jej, nauczycielce historii, pogodzić przekazywanie wiedzy, która przeczyła własnym doświadczeniom: „Moi uczniowie umieli czytać między wierszami. [...] [uczniowie pisali], że na zawsze będą pamiętać lekcje historii, bo ona uczyła ich prawdziwej historii“. Do poważnych incydentów nigdy nie doszło. Wiadomo było, jak należy się oficialnie zachowywać. Pełna dumy pokazuje nam swój wpis w Encyklopedii Wrocławia (2000), w której została doceniona m.in. jako nauczycielka oraz długoletnia członkini Polskiego Towarzystwa Historycznego. Mimo swej miłości do dolnośląskiej stolicy Wanda Fuchsa popada w rozmarzenie, gdy wspomina nam o kosmopolitycznym Lwowie. Oczywistość wspólnego życia wielu narodów i religii w mieście tworzyła atmosferę, której potem tak wielu osobom brakowało. Nasi rozmówcy wymieniają, często już wspominaną, wzajemną tolerancję jako doświadczenie z własnego sąsiedztwa. Informacje te rzadko idą w parze z faktami znanymi nam z historii, takimi jak np.: nienawiść między Polakami a Ukraińcami (wojna domowa w 1918/19 r.) lub istniejący antysemityzm (m.in. Tomaszewski, 1994, s. 281-285).



Zachowanie tradycji lwowskiej w czasach komunizmu i po roku 1989.

Mit, jakoby wszyscy mieszkańcy Wrocławia zostali przesiedleni z byłych polskich Kresów Wschodnich, da się podważyć następującymi danymi statystycznymi: w 1947/48 r. ludność Wrocławia składała się z przesiedleńców z centralnej Polski (73,2%), autochtonów, reemigrantów oraz tylko z 20,5% tzw. repatriantów z byłych Kresów Wschodnich. Tylko 9,8% mieszkańców pochodziła bezpośrednio ze Lwowa, a 6,4% z okolicznych województw: stanisławowskiego, tarnopolskiego i wołyńskiego (Ordyłowski, 2000, s. 20-28). Dużo ludzi pochodzących z mniejszych miejscowości, podawało Lwów jako miejsce pochodzenia. Wywołało to złudzenie, że lwowian było więcej niż w rzeczywistości. Ponieważ nie było łatwo znaleźć ochotników na zniszczone przez wojnę byłe niemieckie tereny, znaczna część ludności byłych Kresów Wschodnich została po prostu przewieziona przesiedleńczym transportem bezpośrednio na tereny zachodnie, które powszechnie znane były pod nazwą „dziki zachód“.

Deportowani i częściowo przy pomocy ciężkich represji wypędzeni ze swej ojczyzny tzw. repatrianci ze wschodu, nie byli zadowoleni ze swojej nowej sytuacji. Cała akcja przebiegała pod przykryciem dobrowolnej „repatriacji“ w ramach polsko-radzieckiej wymiany ludności, uzgodnionej w umowie z roku 1945 (Ciesielski, 1999). Zarówno chaotyczny przebieg wymuszonego przesiedlenia, jak i bardzo ograniczone możliwości wyboru przyszłego miejsca zamieszkania osłabiły chęć integracji oraz przystosowania się do nowych warunków i podtrzymywały przy życiu tęsknotę za starą ojczyzną. Od samego początku fakt ten wywoływał negatywne nastawienie wobec partii komunistycznej, która była zdaniem przesiedlonych odpowiedzialna za utratę Kresów. Nadzieja na rychły powrót do ojczyzny wzmocniła z jednej strony poczucie tymczasowości ich sytuacji, a z drugiej strony doprowadziła do rozpowszechnienia pogłosek o ponownym przesunięciu granic Polski na wschód. Z tego powodu komunistycza elita uważała kresowian za mało manipulatywny, a nawet destruktywny element ze sztywnymi politycznymi przekonaniami. Wyrażało się to przede wszystkim w biernym oporze, bojkocie politycznych i społecznych struktur oraz pewnej odporności na komunistyczną propagandę (Kaszuba, 2002, s. 450). Stosunek przesiedlonych do dawnej ojczyzny nie pasował do obrazu polsko-radzieckiej przyjaźni - nie był mile widziany przez rządzących, a od 1948 r. otwarcie go zwalczano. Jak to wyraził Norman Davies: „Przez przynajmniej jedną generację ,Lwów‘ był pojęciem, którego dźwięku bał się komunistyczny reżim“ (Davies, 2002, s. 532). Dobra kultury z Kresów Wschodnich, takie jak: Ossolineum, pomnik Aleksandra Fredry czy też Panorama Racławicka były symbolami kontynuacji ojczyźnianych tradycji w nowym miejscu zamieszkania. Popularnym i zarówno politycznie prowokującym było nadawanie nazw restauracjom, sklepom, salonom fryzjerskim, które miały związek ze starą ojczyzną, np.: Lwowianka, Wilnianka lub Lwowski Fryzjer (Davies, 2002, s. 497).

Mimo swej liczebnej mniejszości lwowianie mieli duży wpływ na wrocławskie społeczeństwo. Przywieźli ze sobą tradycje i obyczaje, nazwy ulic i określenia na urzędowe budynki, a jako aktywna i opiniotwórcza grupa ludności przyczynili się do stworzenia społecznej infrastruktury. Również transfer całych lwowskich instytucji, które w znaczny sposób przyspieszyły odbudowę, wpłynął w znacznym stopniu na ambicję oraz rolę miasta Wrocław jako stolicy Dolnego Śląska (Wrzesiński, 1999, s. 437). Zwłaszcza inteligencja lwowska była bardzo popularna – przez lata całe nadawała Uniwersytetowi Wrocławskiemu swój regionalny charakter. Już w pierwszych latach po wojnie lwowianie organizowali się w małe grupy, które spotykały się i wzajemnie wspomagały. W 1960 r. została wydana pierwsza książka, zawierająca ich wspomnienia - chociaż ani razu nie zostało w niej użyte słowo „Lwów“, książka stała się „sekretną Biblią“ lwowian.

Dopiero w 1988 r. rząd zezwolił na założenie wyżej już wspomnianego Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, które aktywnie działa na terenie całego kraju. We Wrocławiu znajduje się siedziba głównego zarządu, który odpowiada za poszczególne związki w innych miastach Polski oraz ich koordynację. Kilka razy w roku TML wydaje czasopismo pod tytułem Semper Fidelis, które relacjonuje o niektórych działaniach pojedynczych towarzystw oraz pełni funkcję gazety opiniotwórczej z częściowo przestarzałymi poglądami byłych kresowian.

Co roku, w czerwcu, w związku z dniem urodzin Fredry, TML organizuje tradycyjne „Dni Lwowa“ we Wrocławiu. Z tym, że bardziej chodzi tu o przywołanie starego polskiego Lwowa, niż o przedstawienie współczesnego ukraińskiego. Zapraszane zostają przede wszystkim grupy taneczne i muzyczne polskiej mniejszości we Lwowie. Miasto samo bierze udział w pielęgnowaniu tego „lwowskiego mitu“. Jak bowiem inaczej można wytłumaczyć wystawę poświęconą lwowskim architektom oraz wystawę obrazów Polskie Arcydzieła, które bezpośrednio ze Lwowa trafiły do wrocławskiego ratusza? Z drugiej strony podejmowane są starania utrzymania kontaktów z ukraińskim Lwowem, nie tylko z polską mniejszością, o czym może świadczyć nawiązanie współpracy partnerskiej między oboma miastami w 2003 r.

Działania TML-u przyciągają przede wszystkim ludzi starszej generacji, którzy urodzili się we Lwowie i tam spędzili przynajmniej część młodości. Leszek Sawicki skarży się, iż druga generacja, która wychowała się w czasach komunizmu, odwróciła się od swoich wschodniopolskich korzeni i przyjęła tożsamość ogólnopolską bądź europejską. Ostatnimi czasy wzrasta jednak zainteresowanie tym tematem wśród najmłodszej generacji. Fakt ten ma po części związek z zamierzonymi wystąpieniami o odszkodowania za utracony majątek na wschodzie. Osoby, które posiadały tam nieruchomości, nie dostały za nie po wojnie odszkodowań, miały jedynie możliwość starania się o nowe mieszkania bądź gospodarstwa, ale nie wszyscy takie ekwiwalenty uzyskali. Drogą sądową osiągnięto niedawno przełom: państwo polskie, zgodnie z umowami o repatriacji z 1944/45 r., musi niektórym wypędzonym z Kresów Wschodnich wypłacić odszkodowanie.

Poprzez wywiad z Elżbietą Urbańską najlepiej ze wszystkich lwowskich klubów udało nam się poznać klub Leopolis. Pierwszy Wrocławski Klub Leopolis Towarzystwa Miłośników Lwowa został założony w 1989 r. – po 5 miesiącach oficjalnej działalności TML. Leopolis był pierwszym tego typu klubem, po nim powstawały inne. Na spotkania, które odbywają się dwa razy w miesiącu, przychodzi przeciętnie czterdzieści, pięćdziesiąt osób. Ogółem klub liczy sobie prawie trzystu członków. Przychodzi ich coraz mniej – niektórzy umarli, a niektórzy są tak starzy, że nie mogą opuszczać swojego mieszkania. „Ale nie można przecież zostawić tych ludzi samym sobie“ – komentuje pani Urbańska.

Raz w roku organizowana jest wycieczka do Lwowa, ale klubowicze spotykają się również na wspólnych wycieczkach po Polsce i na pielgrzymkach. Poza tym Leopolis zbiera pieniądze dla pozostałych we Lwowie Polaków i wspomaga redakcję Gazety Lwowskiej – miesięcznika mniejszości polskiej we Lwowie, chociaż finansowe położenie samego klubu nie jest dobre. Chwilowo biuro klubu mieści się u pani Urbańskiej w domu. W zarządzie zasiada dziesięć osób, ale jak to wyraziła pani Urbańska: „ktoś musi to wszystko organizować“. Od założenia klubu powstało pięć kronik – unikatów, które w formie zdjęć, opisów oraz wycinków z gazet opisują działalność organizacji. „Dopóki możemy, dopóki przychodzą do nas ludzie, będziemy istnieć“ – zapewnia pani Urbańska i zaczyna od razu opowiadać o następnych zaplanowanych akcjach: w maju organizują wyprawę do Milic, a w lipcu odbędzie się już tradycyjnie wycieczka do Częstochowy, na mszę dla kresowian. Ostatnio zaproszony został na spotkanie profesor Jan Miodek – wielki autorytet w dziedzinie polonistyki, który opowiadał o swoich wschodnich korzeniach. Na następnym spotkaniu dwóch panów będzie rozmawiać dialektem „bałak“.

Mimo dużych trudności, lwowianom bardzo wiele udało się stworzyć w przeciągu ostatnich 15 lat, a dzięki swemu zaangażowaniu utrzymać kontakt ze Lwowem. Czy w przyszłości też tak będzie? To zależy od młodej generacji i jej zainteresowania ojczyzną swoich dziadków. Prognozy naszych rozmówców były różne, ogólnie jednak potwierdzili u trzeciej generacji ponowny wzrost zainteresowania wschodnimi korzeniami.




deutsch

Fotografie


Fot. 1


Fot. 2


Fot. 3


Fot. 4


Fot. 5




Kontakt: hotzan@euv-frankfurt-o.de | ostatnia aktualizacja: 19 października 2005 r.
externer LinkKatedra studiów polskich i ukraińskich