Polski Wrocław jako metropolia europeijska - Pamięć i polityka historyczna z punktu widzenia oral history  
 
  << Strona główna


Mieszkańcy Breslau we Wrocławiu

Jolanta Gambuś, Kerstin Hinrichsen, Anna Lisa Wiesbrock, Helene Wolf



Jak już przedstawiono w rozdziale opisującym politykę historyczną Wrocławia, już sama nazwa metropolii stanowi problem. Jakiego określenia należy dziś używać: Breslau czy Wrocław? Nawet pomijając polityczną poprawność jest to ważna kwestia, na której temat odrębne zdania mają na przykład anglojęzyczni i niemieccy historycy. Norman Davies używa różnych nazw miasta, w zależności od przedstawianego okresu pisze: Vratislavia, Breslau lub Wrocław.

Również my, podążając śladami Niemców we Wrocławiu, natknęłyśmy się na ten problem i musiałyśmy zdecydować się na jedną z nazw. Wybrałyśmy Wrocław, ponieważ nazwa ta jest dziś oficjalnie używaną nazwą miasta. Decyzja ta wynika z przekonania, że niemiecki Breslau zniknął ostatecznie w 1945 r. Może to być bolesne dla byłych mieszkańców miasta, którzy zdołali z niego uciec i żyją dzisiaj w Niemczech, ale Niemcy, którzy zostali tu po wojnie, nie żyją już w Breslau, tylko w polskim Wrocławiu, nawet jeśli nadal używają niemieckiej nazwy miasta.

Wydawało się na początku, że zajmowanie się niemiecką historią i mniejszością narodową Wrocławia dotknie drażliwych kwestii. Polscy historycy ignorowali tę część historii miasta prawie całkowicie, podczas gdy po stronie zachodnioniemieckiej przez długi czas zajmowano się jedynie tematem utraty wschodnich terenów Niemiec i do roku 1989 prawie całkowicie ignorowano powojenne dzieje miasta. Trzeciemu powojennemu pokoleniu jest dziś łatwiej przybliżyć się do tego trudnego tematu.

Niniejsza praca koncentruje się na życiu Niemców w mieście, które już nie jest niemieckie. Po upadku 6 maja 1945 r. twierdzy Breslau (Festung Breslau) w mieście pozostała około jedna czwarta jego dawnych mieszkańców. Z racji tego, że wielu Niemców miało nadzieję, iż po zakończeniu walk dalej będą mogli mieszkać w swym mieście, jeszcze w sierpniu 1945 r. doliczono się podczas spisu wrocławskiej ludności 189.500 Niemców i 16.000-17.000 Polaków (Thum, 2003, s. 135). W ciągu kilku miesięcy proporcje te zmieniły się jednak diametralnie. Na skutek osiedlania Polaków i wypędzania Niemców, ci ostatni stali się w ciągu roku mniejszością. Nowi i starzy mieszkańcy stanęli przed zadaniem stworzenia polskiego Wrocławia z zupełnie zniszczonego niemieckiego Breslau. Nowo osiedleni Polacy musieli zapuścić tu swe korzenie, a pozostali Niemcy - odnaleźć się w nowych warunkach.

Przez długie lata zarówno Niemcy, jak i Polacy wątpili, że biegnąca wzdłuż Odry i Nysy Łużyckiej granica ich państw ma ostateczny kształt. Było to przeszkodą w budowaniu swej tożsamości i więzi z nowym miejscem zamieszkania, ponieważ „komu brakowało wiary w polską przyszłość nowych terenów, temu było również brak gotowości, aby związać z nimi swoją własną przyszłość“ (Thum, 2003, s. 141). I tak przez długi czas w mieście panowało uczucie przejściowości, co znacznie utrudniało proces odbudowy.

Interesowało nas, dlaczego Niemcy chcieli po wojnie zostać w polskim już Wrocławiu oraz w jaki sposób było to możliwe. Ciekawiły nas również ich powojenne doświadczenia. Czy mogli na ulicach otwarcie i bez obaw mówić po niemiecku? Jakie były ich stosunki z polską ludnością w pierwszych latach powojennych? Czy czują się dzisiaj Niemcami czy Polakami? Kolejną kwestią poruszaną w naszych badaniach było pytanie, w jaki sposób niemiecka przeszłość miasta wpływa na dzisiejszy Wrocław. Jakie tego ślady można dziś odnaleźć w miejskiej przestrzeni i jakie jest podejście mieszkańców do tej części historii?

Osoby, z którymi przeprowadzałyśmy rozmowy, znalazłyśmy głównie wśród członków i członkiń Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego. Wielu z nich spędziło całe swoje życie we Wrocławiu i jego okolicach. Pierwsza część naszej dokumentacji dotyczy historii i organizacji niemieckiej mniejszości narodowej we Wrocławiu, przybliża również pracę Towarzystwa oraz życie jego członków. Następnie przedstawiamy historie życia trzech kobiet. Znajdujące się na końcu opracowanie wywiadów z polskimi studentami jest przykładem na to, w jaki sposób dziś patrzy się na niemiecką historię Wrocławia.

W czasie prowadzenia badań za pomocą metody oral history przysłuchiwałyśmy się osobistym i często wzruszającym historiom, które jednak razem nie składają się na jednolity obraz. Widać to szczególnie wyraźnie na przykładzie wywiadów z członkami niemieckiej mniejszości. Wielu spośród naszych rozmówców z Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego poznało się ze sobą dopiero po wstąpieniu do klubu. Ich doświadczenia jako Niemców we Wrocławiu są bardzo różne, nawet jeśli niektórzy z nich mieli podobne przeżycia. Nasza praca dokumentuje losy wybranych osób i jako taka nie jest reprezentatywna.



Niemiecka mniejszość narodowa we Wrocławiu: wrażenia, fakty, perspektywy

„Dzień dobry, bierzemy udział w trójnarodowym seminarium dotyczącym Wrocławia i...“ „Ma pani na myśli Breslau? W czym mogę pomóc?“ Pierwszym adresem, pod który kierujemy się w celu nawiązania kontaktu z niemiecką mniejszością jest Niemieckie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne we Wrocławiu. Jak nas informuje w czasie rozmowy telefonicznej jego kierowniczka, Irene Lipman, w budynku przy ulicy Saperów, gdzie mieści się Towarzystwo, odbywa się właśnie próba niemieckiego chóru. Trzy kwadranse później docieramy na miejsce, i możemy wyrobić sobie pierwsze wrażenie, jak żyje niemiecka mniejszość we Wrocławiu.

Mężczyźni stojący przy bramie budynku rozmawiają po polsku, ale gdy zauważają, że jesteśmy Niemkami, przechodzą na niemiecki. Po niemiecku mówią prawie bezbłędnie, może tylko trochę bez wprawy, z silnym śląskim akcentem, tak że „schön“ wymawiają jak „scheen“, a „Frühling“ jak „Frihling“ z wyraźnym polskim „r“. Wskazują nam drogę do Irene Lipman i wracają do rozmowy po polsku. Kierowniczka wita nas bardzo serdecznie, po czym prowadzi do pomieszczenia, gdzie odbywa się próba chóru. Na ścianie wisi wielki plakat Unii Europejskiej: „Razem w Europie“, naprzeciw niemiecka flaga z herbem Breslau. Na stołach ustawiono małe bukiety z flagami: polską, niemiecką i europejską. Na tablicy ogłoszeń widać zaproszenie na „Europejskie śniadanie“, które odbyło się trzeciego maja, i na które zaproszono również polskich sąsiadów. Na jednym ze stołów wyłożono niemieckie czasopisma i gazety.

Chórzyści sprawiają na nas wrażenie „niemieckich“, chociaż nie możemy później dociec, dlaczego tak sądziłyśmy. Na próbie obecnych jest mniej więcej dwadzieścia osób, śpiewa się wyłącznie niemieckie pieśni, w tym wiele Heimatslieder (pieśni ojczyźnianych), takich jak Unsere Heimat (Nasza ojczyzna), Blaue Berge, grüne Täler (Niebieskie góry, zielone doliny), Im Frühtau zu Berge (Wczesną wiosną w górach) i Unser Schlesienland (Nasz Śląsk). Grająca na harmonii kierowniczka chóru przy słowach „nasz niemiecki Śląsk“ przerywa nagle grę. Śpiew traci swą siłę i ucicha. Nasza obecność prowokuje wśród chórzystów dyskusję nad tymi słowami. Dochodzą szybko do wniosku, że „nasz piękny Śląsk“ też ładnie brzmi. Zanim zaczynają znów śpiewać, ktoś mruka przepraszająco: „Dla nas on jednak zawsze pozostanie niemiecki“. Zastanawiamy się później, czy było to tylko na pokaz, czy też może była to próba rozliczenia się z trudnym tematem.

Również podczas przerwy na kawę i na śląski placek z kruszonką, większość osób rozmawia między sobą po polsku - przechodzą na niemiecki, gdy zwracają się do nas. Opowiadają o swoim życiu we Wrocławiu i zadają wiele pytań, np. czy po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej na granicy nadal trzeba pokazywać paszport. Wielu z nich nie posiada już niemieckiego dokumentu, mimo że taka możliwość istnieje. Rzadko podróżują do Niemiec, właściwie nie mają tam już kontaktów; większość jeździ tam tylko na zaproszenie Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego. Jednakże dla wielu z nich jest ważne, aby przekraczanie granicy stało się łatwiejsze, a podróż, przynajmniej teoretycznie, możliwa w każdym czasie.

W czasie rozmowy okazuje się, że członkowie Towarzystwa są bardzo zasymilowani z polskim społeczeństwem. Większość posiada polskiego partnera, ich językiem codziennym jest polski, a ich własne dzieci często nawet nie znają niemieckiego. Mimo tego w domach pielęgnuje się zarówno niemieckie, jak i polskie tradycje. Również mimo asymilacji, nie chcą nazywać siebie Polakami. Czują się Niemcami, czuli się nimi również w czasach, gdy wielu z nich musiało ukrywać swoje pochodzenie.

Podkreślają często, że znają dobrze obydwa kraje oraz szczególnie fakt, że wydarzenia i następstwa II wojny światowej przeżyli po obu stronach konfliktu. Dlatego ci, którzy pozostali, dystansują się od wypędzonych i uciekinierów, którzy dzisiaj jako Heimwehtouristen odwiedzają „ich Breslau“. Heimwehtouristen zajmują się często bardziej osobistymi konsekwencjami wypędzenia, niż przyczynami II wojny światowej i jej następstwami dla polskiego społeczeństwa. Irene Lipmann opowiada, że Niemcy odwiedzający Wrocław zarzucali im często, że nie są „prawdziwymi Niemcami“, ponieważ nie próbowali przedostać się do Niemiec.

Niemieckie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne we Wrocławiu powstało oficjalnie w 1991 r. i jest dzisiaj, z 1200 członkami i pod kierownictwem Friedricha Petracha, największym niemieckim towarzystwem na Dolnym Śląsku (Zeitschrift Kulturfestival, 2003, s. 26). Jednak aktywność niemieckiej mniejszości we Wrocławiu spada. Po 1945 r. na Dolnym Śląsku, szczególnie w Wałbrzychu i we Wrocławiu pozostało około 110.000 Niemców (Zeitschrift Kulturfestival, 2003, s. 22). Często wyjazdy uniemożliwiało zapotrzebowanie tuż po wojnie na wykwalifikowanych robotników w przemyśle. Prawdopodobnie w celu podniesienia morale wśród pozostających Niemców zaczęto z czasem tolerować ich kulturalną aktywność (Eichenberger, 1994, s. 71). Nie przeszkadzało to jednak komunistycznemu rządowi w negowaniu egzystencji niemieckiej grupy narodowej i określaniu Polski jako państwa jednonarodowego (Born/Dickgießer, 1989, s. 161-165). W 1957 r. utworzono w Wałbrzychu Niemieckie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne, do którego przynależał Wrocław jako jeden z oddziałów, zanim w 1991 r. powstało Towarzystwo wrocławskie. W tym czasie kulturalna działalność mniejszości niemieckiej na Dolnym Śląsku była u szczytu swego rozwoju; istniał niemiecki chór ludowy, grupa taneczna, balet dziecięcy, teatr amatorski i odnoszący duże sukcesy teatr lalek. Oczywiście rząd polski spoglądał krytycznie na działalność mniejszości, stawiając jej różne przeszkody. Chociaż w 1957 r. uznano Towarzystwo, to zabroniono mu ubiegania się o reprezentację niemieckiej mniejszości narodowej w parlamencie i o łatwiejsze wyjazdy do Niemiec (Zeitschrift Kulturfestival, 2003, s. 22).

W 1972 r. organizacja zostało zmuszona do zmiany nazwy na Niemieckie Towarzystwo Wspólnotowo-Kulturalne oraz do przyjęcia za swój statutowy cel między innymi: „uczestnictwa niemieckiej etnicznej grupy narodowej w budowaniu socjalizmu w Polsce“ oraz „popularyzację dorobku gospodarczego, politycznego, kulturalnego i społecznego Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej“ (Zeitschrift Kulturfestival, 2003, s. 22).

Po szerokiej fali wyjazdów w latach 50-tych, Niemcy opuszczali Polskę również w latach późniejszych, przez co aktywność Towarzystwa ciągle spadała. Tendencja ta utrzymywała się aż do początku lat 80-tych, kiedy z nastaniem stanu wojennego niemieckie organizacje zostały zakazane i rozwiązane.

Sytuacja mniejszości narodowej zmieniła się znacząco na początku lat 90-tych wraz z nastaniem demokracji. W „Traktacie o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy“ podpisanej 17 czerwca 1991 r. uznano istnienie w Polsce niemieckiej mniejszości narodowej i uchwalono przepisy o jej ochronie (Barcz, 1994, s. 89). Wiele niemieckich towarzystw podjęło swoją działalność na nowo.

Niemieckie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne we Wrocławiu za główne swe zadanie przyjęło pielęgnowanie języka niemieckiego. W swej ofercie posiada nie tylko lekcje języka, ale także wyjazdy do wakacyjnych szkół językowych i warsztaty teatralne. Oprócz tego regularnie organizowane są różne imprezy, jak na przykład wieczory autorskie niemieckich poetów, wykłady, seminaria czy wystawy śląskich artystów. Organizacja finansowana jest między innymi przez Konsulat Generalny RFN we Wrocławiu oraz przez Instytut Stosunków Zagranicznych w Stuttgarcie, który każdorazowo wysyła do Wrocławia na dwa lata asystenta odpowiedzialnego za wspieranie działalności kulturalnej.

Oprócz Towarzystwa, istnieją we Wrocławiu jeszcze inne miejsca spotkań, ważne dla niemieckiej mniejszości. Zarówno w ewangelickim kościele św. Krzysztofa, jak i w katolickim kościele Najświętszej Marii Panny na Piasku, istnieje możliwość uczestnictwa w niemieckich mszach i nabożeństwach. Od kilkorga z naszych rozmówców dowiedziałyśmy się, że kościół zawsze był dla Niemców ważnym miejscem spotkań, szczególnie w czasach, gdy działalność stowarzyszenia była zakazana. Inni natomiast opowiadają, że o niemieckich mszach dowiedzieli się dopiero po latach, ponieważ wcześniej, przebywając w prawie wyłącznie polskim otoczeniu musieli swoją „niemieckość“ ukrywać. Nigdy nie istniała we Wrocławiu niemiecka dzielnica, czy „niemiecka scena“, gdzie można by wymieniać takie informacje (wywiad z p. Lipman).

Wielu wiernych uczestniczy w mszy odbywającej się w kościele Najświętszej Marii Panny na Piasku, na której również my jesteśmy obecne. Oprócz członków miejscowej wspólnoty, są też niemieccy turyści. I chociaż większość z obecnych osób jest w podeszłym wieku, odniosimy wrażenie, że tradycja uczęszczania do kościoła jest wciąż żywa. Po śmierci w kwietniu tego roku bardzo szanowanego ojca Leisnera, parafię przejął młody ksiądz – również on regularnie odprawia msze w języku niemieckim, dzięki którego świetnej znajomości cieszy się wśród Niemców dużym szacunkiem.

Jak to się jednak stało, że niemieckie życie nie toczy się w mieście dopiero od kilku lat, tylko już od czasów powojennych?



Życie w obcym mieście – rozmowy z Niemcami we Wrocławiu

Kiedy 6 maja 1945 r. upadła twierdza Breslau, nagle zakończyła się trwająca dwa stulecia pruska i niemiecka historia miasta. Jednak mimo wypędzenia, we Wrocławiu pozostała niewielka grupa niemieckiej ludności. Jak wynika z naszych wywiadów, pozostali w mieście Niemcy pochodzili z różnych miejscowości i grup społecznych, a o tym że nie zostali wypędzeni, zdecydował często przypadek. Irene Lipman urodziła się w 1945 r. w Brzegu, do Wrocławia przywiodły ją w latach 50-tych studia. Opowiada, że po wojnie wypędzano głównie zamożnych Niemców. Maria S. [imię zmienione], urodzona w 1931 r. w Chorzowie na Górnym Śląsku, do Wrocławia przybyła dopiero w latach 60-tych. Mówi, że z jej otoczenia „niektórzy wyjechali, ale wielu zostało – kto chciał, mógł wyjechać, ale niektórzy chcieli zostać“. Zwłaszcza zaraz po wojnie, ale także w późniejszych latach, pojawiało się niekiedy pragnienie, żeby wyjechać do Niemiec. Matka Irene Lipman złożyła wniosek o pozwolenie na wyjazd, żeby dołączyć w Niemczech do męża. Ponieważ chciała zabrać ze sobą rodziców, wyjazd opóźniał się. „A później przyszły dokumenty rozwodowe. I w taki sposób zostaliśmy tutaj“, wspomina pani Lipman. „Myślę, że później było tak, że codzienność, praca i problemy były tak zajmujące, że nie myślało się na ten temat zbyt dużo. Później poszłam do szkoły, no cóż, i tak powoli zleciało“, dodaje. Oprócz tego wielu z pozostających Niemców nie miało kontaktu z krajem i jakoś odnaleźli się w nowych okolicznościach. Żaden z Niemców nie potrafił do końca wyjaśnić, dlaczego nie został wypędzony. Wyglądało na to, że nie chcą o tym rozmawiać albo nie mogą sobie przypomnieć.

Jak wiadomo, z akcji wysiedleńczej na Pomorzu i na Górnym Śląsku wyłączono przede wszystkim niemieckich robotników wykwalifikowanych, ponieważ na terenach tych było duże zapotrzebowanie na siłę roboczą (Eichenberger, 1994, s. 39). Dodatkowo na przełomie 1945 i 1946 r. pojawiły się problemy z transportem, które częściowo opóźniły wysiedlanie Niemców (Ociepka, 1996, s. 137). Często warunkiem pozostania była zmiana nazwiska „na polsko brzmiące“ (Kurcz, 1995, s. 163). Polonizacja nazwisk była ważna dla polskiego rządu, ponieważ sugerowano, że na Śląsku istniał polski pranaród, „ludzi tych nazywano później autochtonami“ (wywiad z p. Lipman).

Aby całkowicie zatrzeć ślady niemieckiej obecności w mieście, usunięto również niemieckie nazwy ulic, drogowskazy i szyldy sklepowe. Wkrótce zastąpiono je polskimi odpowiednikami. Podczas gdy nazwy ulic w Starym Mieście tłumaczono bezpośrednio na polski, ulice oddalone od centrum nazywano częściej nazwiskami polskich postaci historycznych (Thum, 2003, s. 350). Niemieckie pomniki zniszczono lub zastąpiono polskimi.

Dla wielu pozostałych we Wrocławiu Niemców poczucie obcości we „własnym mieście“ było „strasznym przeżyciem“. „Stoisz przed swoim rodzinnym domem, i nagle znajdujesz się w obcym państwie, gdzie mówi się obcym językiem. To jest prawdziwy szok“, opowiada Irene Lipman. W pierwszych latach powojennych Niemcom utrudniały życie nie tylko szykany ze strony polskich urzędów dotyczące kształcenia, wyboru zawodu, szans rozwoju (Kurcz, 1995, s. 170), ale także nastawienie do nich niektórych Polaków. Również mówienie po niemiecku na ulicach nie było mile widziane, a nawet było częściowo zabronione (Linek, 1997, s. 46). „Niektórzy byli w domu bardzo negatywnie nastawiani do Niemców. Możliwe, że były to rodziny, które dużo wycierpiały w czasie wojny. Miały bardzo złe doświadczenia i później miało to wpływ na dzieci. [...] Ale były też rodziny nastawione bardzo przyjaźnie. Miałam przyjaciółkę, wychowywałyśmy się razem. Przychodziła do nas i uczyła się niemieckiego od mojej babci. Bywało różnie. Myślę, że to zależało od tego, jakie ludzie mieli doświadczenia wojenne“, mówi Irene Lipman. W jej domu rozmawiało się po niemiecku. Nigdy nie było przymusu uczenia się języka polskiego, jednak zajęcia w szkole odbywały się po polsku, poza tym „jeśli chciało się pracować, trzeba było się jakoś porozumieć“.

Maria S. mieszkała po wojnie ze swoją babcią i bratem nadal w swoim domu, nie musiała też zmieniać nazwiska. W domu mówiło się po niemiecku, podobnie jak w wielu innych rodzinach ich górnośląskiej wsi. Z dnia na dzień zmieniono nauczycieli z niemieckich na polskich, zajęcia prowadzono po polsku. „Trudno było uczyć się wszystkiego w obcym języku. Dzieci uczyły się szybko, ale mimo to po wojnie było ciężko. Na początku nauczyciele brali pod uwagę, że nie znamy polskiego“. Z nastaniem lat 50-tych Maria S. wyszła za mąż za Polaka i przeprowadziła się do rodziny męża do Łodzi. Na temat swoich stosunków z rodziną małżonka w pierwszych latach powojennych mówi: „Wprowadził mnie do swojej rodziny, ale jej członków spotkało wiele złego ze strony Niemców. Ci Polacy nie przepadali za Niemcami. Nie mówiłam wtedy jeszcze tak dobrze po polsku, więc oni wiedzieli, że jestem Niemką. Trochę mi docinali“. Wprawdzie zaaprobowano ją jako żonę, ale ta akceptacja nie szła tak daleko, żeby mogła uczyć dzieci języka niemieckiego.

Sylvia A. [imię zmienione] urodziła się w 1935 r. w Gliwicach, od 1937 r., z krótkimi przerwami, mieszka we Wrocławiu. W 1945 r. wyjechała na cztery lata do Opola, aby opiekować się tam swoją babcią; uczęszczała tam do miejscowej polskiej szkoły. Polskiego nauczyła się na podstawie wierszy i piosenek z pomocą polskiej przyjaciółki. Sytuację Niemców w tych czasach podsumowuje w następujący sposób: „Było ciężko, wiedzą panie. Polak to dla nas nie znaczyło nic dobrego“. Opowiada o tym, jak podczas jazdy pociągiem matka zabraniała jej rozmawiać, żeby nikt nie rozpoznał, że są Niemkami.

Ogólnie zachowania Polaków wobec pozostających Niemców były bardzo zróżnicowane, „od nawoływań do akcji odwetowych wzorowanych na nazistowskich praktykach, poprzez obojętność i pogardę wobec narodu uznanego za winny, po dowody zrozumienia i współczucia wobec tych którzy stracili swoją ojczyznę“ (Kraft, 2000, s. 465). Z naszych wywiadów wynika, że często nastawienie zależało od osobistych doświadczeń Polaków. Najszybciej unormowały się stosunki między dziećmi, o ile te nie były negatywnie nastawiane przez swoje rodziny (wywiad z p. Marią S.). Większość Niemców ukrywała swoje korzenie. Istniejące uprzedzenia i strach przed represjami były zbyt duże, aby się odważyć i przyznać do tego, kim się jest: „Tu byli ludzie. Ale nikt nie chciał się przyznać, że jest Niemcem. Wszyscy się bali“, mówi Sylvia A. Strach ten zniknął dopiero po 1989 r., kiedy w Polsce skończyły się czasy komunizmu. Wydaje się, że większość Niemców zintegrowała się z polskim społeczeństwem. Irene Lipman, Maria S. i Sylvia A. wyszły za mąż za Polaków. Wprawdzie pielęgnowano niemieckie tradycje, jak na przykład niezbyt popularne w Polsce obchodzenie urodzin, w zasadzie jednak żyło się po polsku; dzieci uczyły się polskiego. W rezultacie, przed 1989 r. niewiele osób mówiło po niemiecku. Dzisiaj twierdzą, że mówienie po polsku przychodzi im łatwiej.

Wrocław miał uchodzić za miasto polskie od zawsze. Służyły temu: polonizacja, zakaz używania języka niemieckiego oraz prześladowania Niemców. Aby osiągnąć cel, nie cofnięto się również przed „przeinterpretowaniem“ historii. Dużą rolę odegrała próba „legitymacji obecności Polaków w mieście“ (Thum, 2003, s. 310). Irene Lipman tak odczuwała tak tego skutki: „Wiele rzeczy ukrywano przed nami przez te wszystkie lata albo nie chciano o nich wiedzieć. Oficjalnie z polskiej strony też wiele przekręcono. W ciągu tych pięćdziesięciu lat w szkołach uczono historii, jak pasowało. Ciągle próbowano nam wmówić, że Śląsk był zawsze polski. A te kilka stuleci, kiedy Śląsk nie należał do Polski, trzeba było wymazać“. Również Maria S. pamięta, że „Polacy mówili, że Wrocław jest miastem piastowskim“. Od XI do XIV wieku miasto faktycznie było pod panowaniem Piastów, później jednak dostało się pod koronę czeską. Podczas lekcji historii szczególną uwagę przykładano do tego stosunkowo krótkiego okresu, a umniejszano znaczenie sześciu wieków obcego panowania, zwracając przykładowo uwagę jedynie na stosunki handlowe między Polską a miastem Breslau (Thum, 2003, s. 311).

Mimo polonizacji miasta, niektórzy z pozostałych w nim jego dawnych mieszkańców mają do dzisiaj nadzieję, że Wrocław może jeszcze kiedyś stać się niemieckim miastem. Zmiana nastąpiła zbyt szybko. „Zastanawialiśmy się zawsze, czy to może się zdarzyć ponownie [że Wrocław znowu będzie niemieckim miastem]“, opowiada Sylvia A. Czy dzisiaj jeszcze ma nadzieję? „Tak. Chciałabym. Wszyscy by chcieli“. Zdumiewające, jeśli wziąć pod uwagę, że cytowane osoby są dobrze zintegrowane z polskim społeczeństwem i nie utrzymują kontaktów z rodakami w Niemczech.

Po śmierci Stalina w 1953 r. nastąpiła w Polsce odwilż i liberalizacja życia, z czego skorzystali również Niemcy mieszkający we Wrocławiu (Ociepka, 1992, s. 100). Gdy Maria S. przeprowadziła się tu na początku lat 60-tych, miała wrażenie, że sytuacja Niemców w mieście uległa pewnej poprawie: „Można było znowu rozmawiać po niemiecku. Atmosfera była bardziej swobodna“. Wątpliwe, czy te polityczne zmiany miały znaczący wpływ na społeczeństwo – nawet po 1956 r. żadna z naszych rozmówczyń nie używała niemieckiego, ani nie uczyła dzieci mówić w tym języku, a Maria S. nadal źle żyła ze swoją wrogo nastawioną do Niemców teściową. W tym czasie Irene Lipman rozpoczęła w dolnośląskiej stolicy studia. „Nie robiono mi problemów“, wspomina. Jednak nigdy nie podkreślała też tego, że jest Niemką. „Była taka jedna profesorka, która mnie zapytała, jakie są moje koneksje rodzinne i to było takie, takie... Wtedy się nad tym nie zastanawiałam. Oczywiście nie odpowiedziałam: ‚pochodzę z niemieckiej rodziny‛, ponieważ mówię tak dobrze po polsku, że ludzie już nie rozpoznają, że jestem Niemką. Polskiego nauczyłam się w dzieciństwie, mówiłam bez akcentu. Być może wtedy, w 1963 r. pochodzenie było ważne“.

Polska transformacja przyniosła wiele zmian, również w kwestiach dotyczących mniejszości narodowych. Po 1989 r. członkowie mniejszości zostali zrównani w prawach i obowiązkach z pozostałymi obywatelami państwa (Eichenberger, 1994, s. 135). Położenie Niemców w Polsce uległo poprawie. Nie musieli dłużej milczeć na temat swojego pochodzenia. „Muszę powiedzieć, że sytuacja całkowicie się zmieniła. Właśnie po transformacji, pod koniec lat 90-tych, kiedy nastąpił cały ten przełom, wielu Niemców odważyło się na ujawnienie swojej narodowości. Ja też nie miałam żadnych zahamowań. Chociaż starsi ludzie do dzisiaj mają z tym problem. Nie wierzą, że ta zmiana jest trwała“, mówi Irene Lipman. Również Maria S. sądzi, że po 1989 r. „było o wiele swobodniej, można było o tym więcej rozmawiać“. Według naszych rozmówców dopiero w tak przychylnej atmosferze Niemcy zaczęli mówić o swojej tożsamości i mogli dowiedzieć się czegoś na temat egzystencji innych żyjących we Wrocławiu rodaków. Przykładem może tu być Maria S., która pierwsze znajomości z innymi Niemcami zawarła dopiero po 1989 r. - wcześniej nie znała nikogo: „Kontakty z Niemcami nawiązałam dopiero w 1989 r. W listopadzie byliśmy w Krzyżowej na spotkaniu z Kohlem i Mazowieckim. Zapisałam się też wtedy od razu do Towarzystwa. Istniało już ono w latach 80-tych, ale ja o tym nie wiedziałam“. Okazało się, że niektórzy znajomi, sąsiedzi, czy koledzy z pracy też byli Niemcami, ale nigdy wcześniej się o tym nie mówiło.

Po 1989 r. wiele osób miało sposobność po raz pierwszy od długiego czasu rozmawiać po niemiecku. Wcześniej żyli w swoim „polskim świecie“ i część z nich ani razu nie słyszała o założeniu Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego, „ponieważ nie było to nigdzie rozgłaszane“, wyjaśnia Irene Lipman. Innych Niemców poznała w 1991 r. podczas jakichś uroczystości we Wrocławiu i dowiedziała się od nich o Towarzystwie. „Oczywiście od razu się porozumieliśmy i zaraz następnego dnia poszłam tam z matką i zapisałam się do stowarzyszenia“. Według danych Irene Lipman mieszka dziś we Wrocławiu około trzech tysięcy Niemców. Spotykają się w siedzibie Towarzystwa przy ulicy Saperów, na niemieckich mszach, razem jeżdżą do Niemiec, wspólnie też świętują. Spotkania te są dla wielu osób szczególnie ważne ze względu na możliwość mówienia po niemiecku. Maria S. wyjaśnia: „Jeśli się nie mówi po niemiecku, można szybko zapomnieć. Do niemieckiego kościoła chodzę, żeby nie zapomnieć języka“.

Dziś mówią otwarcie, że są Niemcami; „dziś nie jest to już problem“, potwierdza Maria S. Jej sąsiedzi i znajomi wiedzą, że jest Niemką i „akceptują to“. Niemiecką przeszłość miasta odkrywa się na nowo. „Teraz mówi się otwarcie; te wszystkie rzeczy należą do historii miasta, wzbogacają ją, wzbogacają nas wszystkich“, sądzi Irene Lipman. Dodaje: „Nie było łatwo żyć przez te wszystkie lata ze świadomością, że jestem Niemką, mieszkam w Polsce i muszę się podawać za Polkę.“

A jak oceniają te zdarzenia młodzi ludzie, mieszkający we Wrocławiu?



Zmiana pokoleniowa

W wywiadzie udzielonym Gazecie Wyborczej, attaché kulturalny Konsulatu Generalnego Republiki Federalnej Niemiec we Wrocławiu, Rainer Sachs wyraził opinię, że w stosunkach polsko-niemieckich decydujące są pragmatyczne postawy młodych pokoleń. „Młodzi ludzie widzą w swych rówieśnikach z drugiej strony Odry ludzi myślących tak jak oni, nie mają więc powodów by angażować się w historyczne urazy i rozliczenia“ (Gazeta Wyborcza, 7.3.1997). Podążając tym przykładem, a także by przedstawić dzisiejsze spojrzenie na niemiecką przeszłość Wrocławia przeprowadziłyśmy wywiady z sześcioma polskimi studentami.

Czy faktycznie istnieją wystarczające podstawy, aby uznać, że młode pokolenie pozbawione jest obciążeń historycznych? Czy polscy studenci znają niemiecką historię miasta? Jak oceniają współistnienie na Śląsku dwóch kultur: polskiej i niemieckiej? Pytałyśmy też o znaczenie niemieckiej historii Wrocławia, o stosunek do Niemców odwiedzających Wrocław oraz do tych, którzy mieszkają we Wrocławiu. Interesowało nas także, jaki wpływ na poglądy studentów miała dotychczasowa edukacja oraz wiedza zdobyta od członków rodziny, nierzadko osób pamiętających czasy II wojny światowej.

Dla większości osób, które udzieliły nam wywiadów, fakt, że Wrocław był w przeszłości niemiecki nie posiada żadnego znaczenia. Jedna ze studentek dała jednak do zrozumienia, że gdyby brała pod uwagę niemiecką przeszłość Wrocławia, nie zdecydowałaby się na wybór tego miasta na miejsce swych studiów. Jako powód podała uprzedzenia swojej matki germanistki, która negatywnie nastawiała swoje córki do Niemców. Można odnieść wrażenie, że owa niechęć wynika raczej z kompleksów i poczucia niższej wartości w stosunku do Niemców, szczególnie jeśli chodzi o poziom życia i różnicę w wysokości zarobków w Polsce i w Niemczech. Usłyszane przypadkowo podczas pobytu w Niemczech zdanie, że „Polacy całe życie zbierają na wakacje w Niemczech“ odebrane zostało jako dowód na to, że Polacy są przez Niemców poniżani. Temat różnicy w poziomie życia między Polakami i Niemcami pojawił się kilkakrotnie - zwracano uwagę, że Niemcy mogą pozwolić sobie na więcej.

Badania opinii publicznej z ostatnich 10 lat obrazują zmiany zachodzące w stosunku Polaków do Niemców. Jednak zmiana stereotypu z negatywnego na pozytywny nie powoduje automatycznie zmiany nastawienia, jest zaledwie pierwszym krokiem do eliminacji uprzedzeń. Przeprowadzone przez nas rozmowy ze studiującymi potwierdzają badania Centrum Badania Opinii Społecznej z lat 90-tych (Bingen/Malinowski, 2000, s. 37), które ukazują, że Polacy pozostają niechętni lub obojętni wobec swych zachodnich sąsiadów. Nawet wśród osób urodzonych po 1980 r. (dotyczy to naszych rozmówców) pamięć o doświadczeniach narodu polskiego takich jak II wojna światowa, okupacja niemiecka, przesiedlenia ludności jest ciągle żywa w świadomości. Lub jak mówi jedna ze studentek: „Dużo sąsiadów tutaj z akademika źle się wypowiada na temat Niemców. Mówią takie nieprzyjemne rzeczy - że niedobrze nas potraktowali. Chodzi o II wojnę światową“. Jak widać również w powyższej wypowiedzi, charakterystyczne u większości naszych rozmówców było to, że niechęć do Niemców przypisywali zawsze osobom trzecim, natomiast nigdy własnej rodzinie. Kolejna ze studentek opowiada w następujący sposob o niemieckiej wycieczce w rodzinnym mieście: „Mój dziadek miał niedawno taką sytuację, że starsi Niemcy zwiedzali Żagań i poprosili go, czy mogliby obejrzeć jego mieszkanie, bo kiedyś mieszkali właśnie w tym miejscu. I on się zgodził bez problemu, chociaż sąsiad na przykład był bardzo wrogo nastawiony i nie chciał się zgodzić“.

W czasie wywiadów dało się wyraźnie odczuć, że większość z tych osób myśli schematycznie o historii polsko-niemieckiej. W odpowiedzi na pytanie o sposób przekazywania wiedzy na lekcjach historii, studenci upewniali się, „czy chodzi o nienawiść polsko-niemiecką“. Połowa z naszych rozmówców określa swoich dotychczasowych nauczycieli jako neutralnych w stosunku do kwestii polsko-niemieckiej, natomiast połowa mówiła o negatywnym nastawieniu: [Przekazano nam] „obraz Niemiec jako jedynej słusznej machiny do rządzenia, tylko do tego, żeby wyprodukować jak najwięcej armii, do tego, żeby się uzbroić na II wojnę światową“.

Mimo takich doświadczeń nie wszyscy studenci ulegają stereotypowemu postrzeganiu Niemców i polsko-niemieckiej historii. Jeden ze studentów stwierdza: „Człowiek dojrzewa i trochę więcej rozumie, że to nie było tak, że tylko i wyłącznie chodziło o to, że był Hitler i że byli sami źli ludzie zgromadzeni w jednym państwie zwanym Niemcy i że oni dążyli tylko do tego, żeby opanować cały świat i zrobić dużo złego. To wcale tak nie było. Była jakaś grupa ludzi, którzy się dorwali do władzy i udało im się niestety „przekabacić“ dużą część społeczeństwa... oczywiście byli i ludzie dobrzy, którzy uciekali z Niemiec, żeby nie mieć z tym wszystkim nic do czynienia“.

Z kilku wypowiedzi wynika jednak, że to nie tylko stereotypy są źródłem niechęci i nieufności. Również podjęcie przez Niemców drażliwej kwestii w stosunku do własności na ziemiach zachodnich Polski jest ważnym czynnikiem powodującym przywołanie negatywnych skojarzeń. Mówi o tym dobitnie jeden z naszych rozmówców: „Niech sobie przyjeżdżają, o ile się nie plują, że się tak wyrażę o to, co kiedyś było na wojnie. Że teraz będą wracać. Już mają teraz tam mieszkania, więc uważam, że dopóki sobie przyjeżdżają wszystko jest w porządku, ale jeśli chcą odbierać mieszkania ludziom... Co gorsza, z tego co mi się wydaje, to nie tyle ludzie, którzy tu mieszkali robią, tylko ich rodziny. Czyli już następne pokolenie. Domagają się praw, żeby mieć z tego jakieś pieniądze. Bo jakoś tego nie widzę... nie wiem, czy by się chcieli tu przeprowadzić“. Być może młodym Polakom byłoby łatwiej zaakceptować tę sytuację, gdyby mieli pewność, że Niemcy domagają się praw do utraconej własności ze względów sentymentalnych, a nie materialnych. Tęsknota za dawną ojczyzną znajduje zrozumienie w oczach naszych rozmówców, natomiast czerpanie z tego korzyści materialnych wręcz przeciwnie. Wydaje się również, że są oni w stanie zrozumieć postawy Niemców wypędzonych ze swojej ojczyzny ze względu na analogię do sytuacji Polaków wypędzonych po wojnie ze Lwowa: „Oni [Niemcy] mogą czuć taki sam sentyment do Wrocławia, jak my do Lwowa. To jest to samo. W związku z tym, my jeździmy do Lwowa, a oni tu“. Zdaje się, że studentka mówiąc „my“ ma na myśli całą zbiorowość Polaków, a nie tylko ludzi, którzy byli zmuszeni opuścić po 1945 r. Kresy Wschodnie.

W jednej jeszcze wypowiedzi można wyczuć niechęć do niemieckich wycieczek tzw. Heimwehreisen: „ich stosunek [Niemców] to niekiedy mnie razi, jak słucham, że Wrocław był kiedyś ich... że kiedyś było tak fajnie, a Polacy odzyskali to i już coś zepsuli“. Warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki studenci wyrażają się o pozyskaniu przez Polskę obecnych ziem zachodnich. Trudno wyobrazić sobie, że przytoczona tu wypowiedź była powtórzeniem słów Niemca lub Niemki. Nikt z wypędzonych po 1945 r. nie powiedziałby, że Wrocław został przez Polskę „odzyskany“. Nasza rozmówczyni mówi o „odzyskaniu“, co sugeruje, że tereny te mają w jej własnym przekonaniu polskie korzenie i decyzja o ich przyłączeniu do Polski była całkowicie słuszna i sprawiedliwa.

Niektóre z zadanych pytań odnosiły się do tego, jaki wpływ na poglądy naszych rozmówców miała ich rodzina. Mimo iż wiele osób ze starszego pokolenia w rodzinach studentów przeżyło wojnę, a niektóre z nich pracowały przymusowo, nikt nie wspominał o negatywnym przekazie. Wprost przeciwnie – częste były stwierdzenia: „moja babcia była na robotach w Niemczech i właśnie bardzo chwaliła, że miała taką dobrą rodzinę“ lub: „moja babcia pracowała u Niemców [w czasie wojny], to tam żyli z nimi w zgodzie“. Nasuwa się pytanie, czy rozmówcy sami zrelatywizowali i upiększyli przekaz starszego pokolenia, czy też faktycznie to usłyszeli.

Trudno jednoznacznie określić stosunek naszych rozmówców do historii Wrocławia i do jego niemieckości. Wydają się być obojętni na fakt, że studiują w mieście, które kiedyś było niemieckie. Jak twierdzą nie ma to bezpośredniego wpływu na ich życie. Mimo, że dochodzi w nich do głosu zbiorowa pamięć o wojnie, bardziej decydujące są ich własne doświadczenia. Ich opinie w niektórych momentach nacechowane są emocjami, jednak na co dzień mało zajmują się historią. Wydaje się, że istotnie młodzież nie ma powodów, „by uczestniczyć w historycznych urazach i rozliczeniach“, ale tych kilka krótkich rozmów pokazuje, że dwa pokolenia to zbyt mało, żeby je przezwyciężyć.



Zakończenie

Nasze badania pokazały, że zajmowanie się niemiecką historią Wrocławia nie jest prostą sprawą. Dziś w mieście żyje niewielu Niemców, a ślady niemieckiej przeszłości zostały w większości usunięte z miejskiej przestrzeni. Wielu Polaków nie zdaje sobie nawet sprawy, że Wrocław był kiedyś niemiecki. Mimo to mogłyśmy wysłuchać historii życia kilku osób, a także opinii naszego pokolenia.

Lata 1945, 1956 i 1989 okazały się w tym kontekście przełomowe. Całkowita reorganizacja miasta w 1945, odwilż w 1956 i transformacja ustrojowa w 1989 r. – daty te stanowią cezury w rozwoju miasta i w życiu mniejszości niemieckiej na Śląsku.

Zaskoczyło nas wiele kwestii. Członkowie mniejszości niemieckiej okazali się o wiele bardziej tolerancyjni i otwarci na polskie społeczeństwo, niż można to było na początku przypuszczać. Na wiele kwestii mają oni zupełnie inne poglądy niż o wiele bardziej znane w Niemczech związki wypędzonych, przez co również my zyskałyśmy w tej sprawie zupełnie nową perspektywę. I chociaż wydaje się, że zintegrowali się bardzo dobrze z polskim społeczeństwem, to wielu z nich wyraża życzenie, by Wrocław znów należał do Niemiec.

Stosunki między Polakami i Niemcami do dzisiaj naznaczone są zdarzeniami z czasów II wojny światowej i ich konsekwencjami. Pokazują to wywiady z polskimi studentami. Nadal do głosu dochodzi nieufność, a w wielu przypadkach także niewiedza. Pokazuje to, że również w przyszłości obopólne zrozumienie możliwe jest tylko na drodze wzajemnej współpracy i wymiany.




deutsch


Kontakt: hotzan@euv-frankfurt-o.de | ostatnia aktualizacja: 19 października 2005 r.
externer LinkKatedra studiów polskich i ukraińskich